Samochody elektryczne: do czego tak naprawdę są potrzebne?

Z roku na rok coraz bardziej oczywiste staje się to, że elektryfikacja motoryzacji jest kierunkiem, od którego nie ma odwrotu. Rodzi to jednak zasadnicze pytanie: czemu służy zamiana silników spalinowych na elektryczne? Odpowiedzi może być kilka. Podstawowa dotyczy ograniczania emisji szkodliwych związków do atmosfery. Każda z pozostałych zalet e-rewolucji jest właściwie korzyścią osiąganą przy okazji.

 

Genezy dzisiejszych zmian doszukiwać się trzeba jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku. To wtedy na arenie międzynarodowej na dobre zagościł problem zanieczyszczenia powietrza, a światowi decydenci zaczęli zastanawiać się jak z nim walczyć. Jako jedne z pierwszych na celownik trafiły samochody. Żeby przekonać się, jak wysoki priorytet został przypisany ograniczeniu emisji spalin generowanych w ich silnikach, wystarczy zajrzeć pod maskę współczesnych pojazdów. 

Efektywność rośnie, to jednak za mało! 

Silniki o zapłonie iskrowym lub samoczynnym spotykane obecnie w autach wydają się być bardzo skomplikowanymi urządzeniami, w porównaniu do silników spotykanych w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych . Obecne konstrukcje są znacznie bardziej wysilone (czyli z niewielkich konstrukcji uzyskuje się większą moc), a dzięki większej sprawności są też dużo „łagodniejsze” dla środowiska. Afera dieselgate z 2015 roku unaoczniła jednak pewną prawidłowość. Niestety technologia silników spalinowych, nawet przy wykorzystaniu najnowszych zdobyczy techniki, zaczyna dochodzić do ściany w obliczu ciągle zaostrzających się norm emisji spalin. Może to oznaczać zbliżający się kres ich rozwoju. 

Motoryzacja nie może utknąć w ślepej uliczce. Na tyle mocno zakorzeniła się ona bowiem w świadomości ludzi, że bez niej trudno wyobrazić sobie życie w XXI wieku. Konieczne jest zatem poszukiwanie innych opcji, a napęd elektryczny stanowi naturalny kierunek rozwojowy. Jakie problemy tak właściwie rozwiązuje? Jednym z podstawowych jest problem emisyjny. Przede wszystkim e-auta zachowują wszystkie zalety pojazdów znanych w obecnym kształcie,  jednocześnie eliminując kwestię bezpośredniej emisji szkodliwych związków do atmosfery. 

Zerowa emisja przez auta oznacza zdrowsze powietrze i w tym momencie nie posługujemy się jedynie popularnym hasłem. Jak pokazują badania Wydziału Elektrotechniki i Automatyki Politechniki Gdańskiej transport samochodowy generuje aż 32% produkcji tlenków azotu. A to jeszcze nie koniec. W samej tylko Warszawie pojazdy odpowiadają za dostarczenie aż 40% wszystkich pyłów PM10 i 20% PM2,5. Stopniowa eliminacja napędu spalinowego jest więc środkiem zaradczym. 

Czyste powietrze to jedno. Są też inne korzyści. 

Oczywiście, dążenie do czystej atmosfery powinno być pojęciem bliskim każdemu z nas. Przy okazji tej tendencji kierowcy samochodów elektrycznych mogą jednak rozwiązać kilka problemów i zagwarantować sobie dodatkowe korzyści. Niewątpliwym plusem e-pojazdów są niskie koszty eksploatacji. Prąd potrzebny do pokonania elektrykiem stu kilometrów kosztuje przeciętnie od 6 do 10 złotych. W tym samym czasie benzyna potrzebna do zatankowania małego auta miejskiego i pokonania identycznego dystansu kosztuje nawet 3- czy 4-krotnie więcej. E-napędy to także, koszty serwisowania obniżone o konieczność obsługi silnika spalinowego. W silniku elektrycznym nie zachodzi konieczność wymiany olejów, filtrów oleju, paliwa, powietrza, świec zapłonowych, świec żarowych, wtryskiwaczy, pasków napędowych osprzętu czy pasków napędowych rozrządu. Należy jednak pamiętać, że e-samochód to nadal samochód, więc niezbędne są okresowe przeglądy techniczne pozostałych układów pojazdu. Dodatkowo dochodzą do tego procedury dotyczące kontroli elektrochemicznego magazynu energii, silnoprądowego okablowania, czy sterowników zarządzających pracą poszczególnych systemów. 

Co ważne, elektromobilność nie tylko technologicznie zmienia rynek motoryzacyjny. Może również dokonać przetasowania w wynikach sprzedaży oraz wśród producentów. Wyścig rozpoczęty kilka lat temu daje bowiem duże pole do popisu dla innowacyjności, a ta z kolei nie musi być dyktowana jedynie przez duże koncerny. Może wynikać ze świetnego pomysłu małego gracza. Przykład? Na tej właśnie fali wypłynęła Tesla. A jej historia stanowi casus dla kolejnych firm. Nad Wisłą powstał projekt ElectroMobility Poland, który podjął się stworzenia polskiego samochodu elektrycznego, czy projektu miejskiego pojazdu elektrycznego Triggo, który niedawno został zaprezentowany szerokiej publiczności. 

I jeszcze jedno – tak samo, jak oczywiste są problemy rozwiązywane przez auta elektryczne, tak samo jasne jest to, że elektryczna wersja motoryzacji potrzebuje czasu. Jest on konieczny z jednej strony na dokonanie się technologicznych zmian na rynku. Mowa nie tylko o wypracowaniu rozwiązań, ale też ich popularyzacji i obniżeniu kosztów budowy pojazdów. Z drugiej strony musi upłynąć jeszcze co najmniej kilka lat, zanim kierowcy przyzwyczają się do e-transportu i zaczną traktować go jako coś naturalnego.

Tylko JEDEN na DZIESIĘĆ autobusów MIEJSKICH jest…

Są konkurencyjne cenowo w porównaniu z autobusami o silnikach wysokoprężnych (jeśli uwzględniane są koszty zanieczyszczenia powietrza i hałasu), ale tylko 9% autobusów miejskich sprzedawanych w Europie, to autobusy w pełni elektryczne!

 

Lucien Mathieu, analityk transportu i e-mobilności w T&E (Transport & Emobility , powiedział:

„Elektryczne autobusy są teraz najlepszym wyborem pod każdym względem. Nie emitują spalin, są ciche, wygodne i ekonomiczne. Jeśli burmistrzowie i władze lokalne poważnie traktują problematykę jakości powietrza i kryzysu klimatycznego, jedyną racjonalną decyzją jest kupowanie autobusów elektrycznych już teraz. „

 

Problemem jest jednak wysoko koszt początkowy zakupu takich aut, a także brak poparcia politycznego dla spraw ekologii.

Dopiero teraz Komisja ds. Środowiska Parlamentu Europejskiego poparła inicjatywę wymagającą od firm autobusowych sprzedaży 50% autobusów miejskich o zerowej emisji do 2025 r. i 75% do 2030 r.

Ciekawe czy to coś zmieni i czy poprawi się stan powietrza w naszych miastach?

 

na podst. Instytut Spraw Obywatelskich (INSPRO), fot. pixabay

Znana AKTORKA pozywa do sądu SKARB PAŃSTWA oraz Miasto WARSZAWA, ponieważ nie ma czym…

Zaangażowanie społeczne osób publicznych czasem przybiera zaskakujący wymiar. I tak chyba jest w tym przypadku 🙂

 

fot. facebook.com/Katarzyna-Ankudowicz
fot. facebook.com/Katarzyna-Ankudowicz

 

Jak czytamy na profilu facebookowym Radcy Prawnego Radosława Górskiego:

 

„Informujemy, że 26 marca 2018 r. Kancelaria Radcy Prawnego Radosława Górskiego złożyła w sądzie w imieniu aktorki – pani Katarzyny Ankudowicz oraz w imieniu pana Tomasza Sadlika (tłumacza, pisarza, twórcy Stowarzyszenia Pro Futuris) pozwy przeciwko Miastu Stołecznemu Warszawie i Skarbowi Państwa. Pozwy dotyczą odpowiedzialności za zanieczyszczenie powietrza (tzw „smog”) w Polsce. Wkrótce do sądu trafią kolejne pozwy.”

 

Katarzyna Ankudowicz to sympatyczna aktorka, obecnie grająca w serialu O mnie się nie martw jako Marta – sekretarka w kancelarii prawniczej. Tak więc jako osoba publiczna ma większą siłę przebicia. Pani Katarzyna nie ma czym oddychać, dlatego postanowiła wytoczyć proces przeciwko Skarbowi Państwa i samej Warszawie. Czy jednak ta akcja anty smogowa – wpis na fb aktorki TUTAJ – ma sens?

 

Po pierwsze moment: wszelkie akcje anty smogowe są bardziej nośne na jesieni i zimą, gdy problem przybiera na znaczeniu. Wiosna…? Wszyscy widzimy zieleń, słoneczko i już zapominamy o smogu 🙂

Po drugie: pani Katarzyna wnioskuje o odszkodowanie dla siebie (nie wiemy, jakiej wysokości) które miałoby być przekazane na cele charytatywne. Jeśli czuje się pokrzywdzona, to dlaczego nie wykorzysta – hipotetycznie otrzymanego odszkodowania – na zadbanie o swoje zdrowie? Albo jeśli przekazuje komuś innemu, to czemu na nie wsparcie programów anty smogowych czy na ekologiczne systemy grzewcze?

 

Ale może…? Może nie mam racji i inicjatywa Katarzyny Ankudowicz będzie miała nie tylko medialny wydźwięk, a raczej poruszy władze i szerokie masy społeczne i przyczyni się do poprawy stanu powietrza?

Co sądzicie? 🙂

 

fot. facebook.com/Katarzyna-Ankudowicz